Twoje wyniki wyszukiwania

Czarnogóra – Czarne góry odbijające się w lazurowej wodzie, ciche, kameralne miasta i wciąż niezepsute komercją zaułki.

Wysłane przez mskuletic na 05/08/2018
| News
| 0

Lord Byron napisał: Przy narodzinach planety najpiękniejsze spotkanie ziemi z lądem musiało wydarzyć się w Montenegro. Napis ten widnieje też na tarasie kawiarni zakotwiczonej na jednym z zakrętów owijających Zatokę Kotorską. 
A z tarasu widok podnoszącej się mgły, która nie zdołała okryć wysokich ciemnych gór odbijających się w wodach zatoki z dokładnością co do szczeliny. Byłam tam o 8.30 rano. Tylko ja, obsługa, wonna kawa i pachnące drzewko mandarynek.
Nie sądziłam, że góry w Czarnogórze rzeczywiście są czarne. Kontrastu dodawały mocno oświetlone tune­ le wydrążone na wiele setek metrów w twardej skale. Z Podgoricy, stolicy Czarnogóry, do Herceg Novi, do­kąd zmierzałam, naliczyłam ich chyba sześć.
Zakręty przestałam liczyć po czterdziestu. Bo wije się ponadstukilometrowa droga jak dobrze pokręcony wąż, z garbami i wklęśnięciami od pagórków i dolinek na całej trasie. Jeszcze trochę, a złapałabym na drodze lądowej chorobę morską.
Nie wiem, czy to widok spokojnego morza, który w blasku księżyca rozwija się nagle w okolicach Koto- ru, łagodzi objawy, ale faktem jest, że im bliżej byłam morza, tym czułam się lepiej. Kojąco działały również światła miasteczek położonych poniżej i jachtów zacu­mowanych w marinach. Z daleka wyglądały jak drga­jące świetliki.

Wtedy nie przypuszczałam jeszcze, że za 2 godz. będę się bawić w towarzystwie innych świetlików. W Herceg Novi zaczynał się Festiwal Mimoz, żółtych kwiatów, których o tej porze roku tutaj istne zatrzę­sienie. A zaczynał się od karnawałowego balu maskowego. Wokół mnie wirowały świetliki, ale też ludzie – drzewa, latarnie, palmy, czajniki, wieszaki i mnó­stwo innych stworów, o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia.

Rano obudziła mnie cisza i kiedy wyszłam na bal­kon, zobaczyłam lśniące od słońca morze i czarne, jed­nak czarne, góry. Pachniało wiosną, choć był początek lutego. Pora na spacer wymarzona.
Na pustej o tej godzinie promenadzie siedział tylko rybak z dwiema wędkami, więc nie chcąc mu prze­szkadzać, poszłam dalej, w kierunku gór.

Widok był niezwykły – niska kamienista zabudowa kryta ce­glaną dachówką. Ustawiona piętrowo przypomi­nała grzyby narosłe na skale. Ponad nimi górowały – nomen omen – góry, a te otulone białymi puchatymi chmurami próbowały się spod nich wydostać. Patrząc w ten obrazek, doszłam do miejscowego fortu zwie­szonego nad klifem w sposób, jakby chciał popełnić samobójstwo. Skojarzenie – jak się okazuje – miałam słuszne, ponieważ jeszcze kilka lat temu wielu śmiał­ków próbowało tu skakać do morza, niejeden przypła­cił to nie tylko skręceniem kostki.

Forte Marę vel Jaka Kula pochodzi z XIV w. i wy­ budowano go dla ochrony przed napaścią ze strony morza. Obserwowałam więc morze, ale oprócz kilku rybackich łódek nie dostrzegłam niczego niepokoją­cego. Herceg Novi zarówno od strony wody, jak i lądu wyglądało na uśpione. Wystarczyło jednak, że spojrza­łam w górę, a tam na kolejnych zakręconych uliczkach roiło się już od samochodów i ludzi śpieszących zała­twiać własne sprawy. Mijali przy tym inny fort – Kanli Kula – XVI-wieczną budowlę, kiedyś więzienie zwane Krwawą Wieżą, dziś miejscowy amfiteatr, gdzie od­ bywają się koncerty. I choć mury naruszone zostały przez ostatnie trzęsienie ziemi z roku 1979 r, a pęk­nięcia w ścianach wciąż o tym przypominają, decybele zdają się budynku w ogóle nie wzruszać. Pokręciłam się jeszcze po mieście i promenadzie w okolicy mariny, o tej porze roku dźwięczącej tylko pustymi kadłubami jachtów, i ruszyłam dalej. Latem gwarno tu od miłośni­ ków wodnego i podwodnego szaleństwa.

Wyspa jak pierścień
Droga prowadziła wzdłuż wybrzeża, więc co chwila oślepiały mnie cekinowe błyski ze strony wody. Mija­ łam stare kamienne zabudowy małych gospodarstw, których właściciele próbowali uporać się z nadmiarem mimozy. Ścinali ściśnięte gałązki, a potem jechali do miasta, żeby je sprzedać. No bo być na Festiwalu Mimoz i ich nie mieć?
Wzięłam więc gałązkę, od której zapachu kręciło się w głowie przez całą dalszą drogę. Zajechałam do kawiarni na zakręcie, gdzie słowa lorda Byrona zbiegły się z niezwykłym widokiem. Spod mgły wyłaniała się maleńka Mamula. Wrzucona w sam środek zatoki, jak więzienie Alcatraz przy San Francisco, rzeczywiście była kiedyś miejscem odsiadki. Twierdza o kolistym kształcie wypełnia wyspę prawie po brzegi, zostawia­ jąc miejsce jedynie na latarnię morską. Przy wysokich górach otaczających zatokę jak siedmiu mrocznych, zakapturzonych rycerzy z Władcy pierścieni ten skra­ wek lądu wygląda właśnie jak ów pierścień. Przez nie­ których nie do zdobycia.

Objechałam ją zatem dookoła, po lewej mając góry, po prawej wytchnienie wody, i dojechałam do Risanu. Miasteczka tak pięknego, jak to możliwe było do tej pory jedynie na pocztówkach. Niskie, całe z zabudową z jasnego kamienia, pod którą przy małych stolikach siedzą starsi panowie w myckach i piją kawę, sięga­jąc wzrokiem daleko w morze. Stąpając po średnio­ wiecznych płytach, które im wyżej, tym stawały się ciaśniejsze, miałam wrażenie, że wchodzę w głąb góry. Im wyżej byłam, tym mniej było ludzi. Cisza. Słychać tylko głuche stukania archeologów (również polskich) szperających w czeluściach ziemi w poszukiwaniu sta­rożytnych mozaik. Bo miasteczko w czasach rzymskich należało właśnie do cesarstwa zza morza. Podobnie jak Kotor zresztą.

Nic dziwnego, że klucząc w gęstych i ciasnych uliczkach starego miasta, czułam się nie­ jednokrotnie jak w Wenecji.

Kotor zanurzony jest w wodzie, a góry zdają się go podtrzymywać z tyłu jak za poły koszuli. Pomieszanie z poplątaniem, cerkiew prawosławna goni tu cerkiew, nadeptując niejeden raz na maleńkie kościoły katolic­kie, kopnięte romby placów gonią kamieniste, zaokrą­glone skwery, przeplatając się z nagłymi schodami, które kończą się znienacka na dachu jednego z domostw. ; Balkonów’ tu chyba więcej niż w Weronie, a wszystko ; otaczają wysokie mury, oddzielając w ten sposób mia- sto od morza. Żeby je ujrzeć, musiałam wspiąć się wyżej. Tam złapałam oddech.

Nie tylko dlatego, że wydostałam się z pięknego, lecz jednak kamiennego labiryntu na rozległą przestrzeń gór. Widok, jaki rozpościera się z wysokości na zatokę, zwyczajnie powala. Ktoś nazwał Czarnogórę czarną „perlą Bałkanów” I nie ma w tym przesady. Każdy szczegół tego widoku – ławka na brzegu, maleńkie stoliki kawiarni przy nabrzeżu, wioślarze trenujący na zatoce, pomarańcze i mandarynki zwisające nad chodnikami – wpisują się w obraz lorda Byrona.

Górska stolica

Zachciało mi się zobaczyć więcej. Wsiadłam do au­ta, żeby dojechać na najwyższy szczyt Lovcen, ale pomyliłam drogi i skręciłam w tę prowadzącą do Podgoricy. Przez góry. Jednak ponoć błędy robi się nie przez przypadek.

Droga warta była wyprawki. Choć zakręty zawijały się jak jelita w brzuchu i nie było widać ich końca, to co jakiś czas moje oko wychwytywało krajobrazy, ja­ kie zwykle wódzi się z okienka samolotu. Cała Zatoka Kotorska była jak makieta na dłoni, z maleńkimi bu­dynkami i autami przypominającymi mrówki. Kiedy dojechałam do jednego z punktów widokowych, przy których jeszcze był asfalt, zobaczyłam z boku ośnieżo­ny szczyt Lovcen i w ten sposób zorientowałam się, że skręciłam w nie to lewo, co trzeba.

Nie żałowałam jednak. Wraz z wysokością robiło się coraz ciaśniej i coraz bardziej chrzęściło mi pod kołami od grudek ziemi – czułam się jak niejeden himalaista zdobywający szczyt. Na górze czekała na mnie niespo­dzianka. Spodziewałam się ujrzeć ostry wierzchołek. Tymczasem zobaczyłam łagodną dolinę z niewielkimi pasterskimi domkami wetkniętymi w nie jak rodzyn­ki w ciasto. Okazało się, że trafiłam do wioski Njeguśi, skąd pochodziła dynastia Petrovicow, władców zie­mi czarnogórskiej. Niestety nie spotkałam ani jedne­go z kilkunastu mieszkańców Njeguśi. Zamiast nich wszędzie widziałam tabliczki informujące o sprzedaży tutejszego sera i szynki oraz pasące się leniwie owce i kozy, znak życia.

Przez moment myślałam nawet, że przeniosłam się w przestrzeni na Islandię. Na ziemię, czyli do Czarno­ góry, sprowadził mnie drogowskaz z napisem „Cetinje”. Położone już niżej, bo na wysokości 650 m n.p.m., miasteczko przypominało te z westernów. Niskie za­ budowania z widokiem na pobliskie góry kuszą turystów. I nie tylko. To tu, a nie w Podgoricy, swoją rezy­dencję ma prezydent i to Cetynia nosi honorowy tytuł stolicy kraju. Tą też była do roku 1918, ale być może ze względu na trudny do niej dostęp (wysokie góry) za­ mieniono ją na położoną w dolinie Podgoricę. Wraca­jąc z Cetyni, jechałam wciąż dół i ciągle wjeżdżałam w jakiś tunel. Pomyślałam sobie, że tak już będzie bez końca. Czarne góry i jasne tunele.

Dojazd
– Od czerwca 2018 r. dolecimy do Czarnogóry bezpośrednio. Lot z Warszawy do Podgoricy (LOT-em) będzie kosztowa! ok. 800 zł.
– Tanimi liniami, z przesiadką np. w Sztokholmie lub
Berlinie, dolecimy za mniej więcej 600 z! w obie strony.
– Możliwa jest też kombinacja: autobus lub pociąg do Budapesztu,
a stamtąd pociąg do Belgradu, a potem do Baru. Jedzie się dobę, koszt: ok. 250 zł.
Nocleg
– Najtańszy będzie kemping lub namiot rozbity
u miejscowego gospodarza (15-20 zł).
– Prywatne kwatery to koszt ok. 40-50 zł.
– W nadmorskim Herceg Novi za nocleg w hotelu cztero gwiazdkowym zapłacimy ok. 250 zł (Hotel Perlą, Villa Tenzera, Guest House Aria).
Jedzenie
W regionach górskich jada się przeważnie jagnięcinę i kajmak oraz dużo wędzonej szynki, różnego rodzaju kiełbaski i wędzoną baraninę. W okolicach nadmorskich stawia się na ryby i owoce morza. Popularna jest pljeskavica, czyli raczej pikantny hamburger z mieszaniny mięsa wołowego i wieprzowego z warzywami, pieczony na grillu, podawany w chlebku pita. Czasem posypany też owczym serem.
Zakupy
Warto kupić ręcznie wyrabianą odzież, w tym skórzaną lub wełniane kapcie, kamizelki, kurtki, chusty, a nawet buty. Bardzo ładną ceramikę dostaniemy w okolicy Budvy. Zakupy najlepiej robić na miejscowych targach. Ceny są o wiele niższe niż w Chorwacji i w Polsce.
Warto wiedzieć
Czarnogóra to jedyny w Europie kraj, który nie należąc do Unii Europejskiej, posługuje się euro.
CZARNE JEZIORO
w okolicy Żabljaku leży na wys. 1416 m n.p.m.
i jest głębokie na 49 m. Nazwę zawdzięcza odbijającym się w jego wodach czarnym górom malowniczego pasma Durmitor.

Źródło: IZA KLEMENTOWSKA, NATIONAL GEOGRAPHIC TRAVELER 5

Porównaj oferty